Barbie, Ken i…wielka kasa

Fenicjanie wymyślili pieniądze, tylko… Dlaczego tak mało? Ta myśl często pojawia się w głowach Kena i Barbie – dumnych przedstawicieli klasy średniej z aspiracjami na więcej. Są zdolni, pracowici i dążą do zawodowego sukcesu. Mieszkają w dużych miastach, pracują w prężnych firmach, mają przyzwoite zarobki. Po mieście jeżdżą dobrymi samochodami i mieszkają w dobrych dzielnicach. Przynajmniej dwa razy w roku wyruszają na egzotyczne wakacje, a zimą na narty w Alpy lub Dolomity. Bardzo dbają o wygląd, kupują tylko markowe ubrania, a swój społeczny status podkreślają drogim zegarkiem. Czym jednak różnią się od tysięcy osób żyjących podobnie? Tym, że akurat ich na to nie stać, ale jeszcze tego nie zrozumieli.

Im dłużej mieszkam w Warszawie, im więcej poznaję nowych osób, tym bardziej jestem zdumiony liczebnością Kenów i Barbie. Wiem, że określenie „Ken i Barbie” jest mega wkurzające, ale naprawdę ręce mi opadają, gdy obserwuję niektóre sytuacje. Jak to w ogóle możliwe, że facet, który od czterech lat zarabia ponad 15 tysięcy miesięcznie, jeździ do pracy nowym BMW i mieszka w odpicowanej kawalerce w Śródmieściu, drży jak dziecko, gdy w pracy pojawia się groźba zwolnień? Albo że niesamowicie zdolna dziewczyna, świetna finansistka, zarabiająca kilka średnich krajowych plus roczny bonus, nie odłożyła przez 8 lat nawet drobnego funduszu bezpieczeństwa i od bankructwa dzielą ją dwa miesiące bez pensji?

Na zewnątrz piękna fasada, budząca podziw a nawet zazdrość. A pod spodem? Żadnych oszczędności, czyli bieda, aż piszczy!

Takie życie w otoczeniu błyskotek i pozornego luksusu, to droga donikąd. Ba, to nawet nie jest życie, tylko forma współczesnego niewolnictwa, która tym się różni od harowania na plantacji bawełny, że Kena i Barbie nikt nie porywa i nie przywozi w kajdanach z Afryki. Nie musi, bo sami pokornie pakują się w łapy swych „panów”: łaskawych pożyczkodawców. To właśnie dla nich ruszają co rano do pracy… A na co te ciężko zarobione pieniądze i dodatkowe środki z kredytów są przeznaczane? Większość tej kasy idzie na bzdury.

Co musi się dziać w głowach Kena i Barbie, że na własne życzenie pakują się w takie bagno? Dlaczego zachowują się jak niemowlak leżący z błogą miną w brudnym pampersie: wprawdzie trochę to śmierdzi, ale przynajmniej jest miło i ciepło? Oto trzy najciekawsze wyjaśnienia, na jakie się dotąd natknąłem:

1. Jeśli chcesz być bogaty, powinieneś już dziś postępować tak, jak ludzie bogaci.

Przyznaj sam, że to prawdziwa perełka. Zdanie zaczerpnięte żywcem z poradnika motywacyjnego, albo szkolenia „Jak szybko zostać milionerem”, które wyrwane z kontekstu służy jako usprawiedliwienie bezmyślnego szastania pieniędzmi. To niesamowite, jak bardzo potrafimy zapętlić się w naszym myśleniu. Jasne, że warto już dziś postępować jak ludzie bogaci, ale nie bierzmy się za to od d…py strony.

Bogaci właśnie dlatego są bogaci, że zamiast wydawać pieniądze na bzdury, trzymają się z dala od długów konsumenckich, potrafią oszczędzać i konsekwentnie inwestują: w siebie, w aktywa finansowe, w nieruchomości, w biznesy. Owszem, kupują świecidełka i luksusowe przedmioty, ale za ułamek swych oszczędności, a nie na limit z karty kredytowej! Gdy słyszę od zadłużonego po uszy kolegi, że jedzie na partyjkę golfa z równie „zamożnym” przyjacielem, to czasem aż chce mi się krzyknąć: „Ken, obudź się! Co Ty chłopie wyrabiasz?”. Jest tylko jeden sposób, by działając w ten sposób szybko zostać milionerem: trzeba być wcześniej miliarderem.

2. Żyjąc na pewnym poziomie, obracasz się w środowisku ludzi sukcesu, którzy pomogą Ci w szybszym rozwoju kariery.


Brzmi całkiem sensownie, ale nie wtedy, gdy ma stanowić alibi dla kolejnego zbędnego zakupu. Bo co to znaczy „na pewnym poziomie?”. Naprawdę trzeba mieszkać w najlepszym apartamentowcu, aby rozwijać się zawodowo? I czym jest owo środowisko ludzi sukcesu? Zazwyczaj są oni równie spłukani co Ken i Barbie, więc harują po 12 godzin na dobę, by spłacić kolejną ratę. Cały chytry plan „obracania się w środowisku” bierze w łeb, bo środowisko jest wymęczone i nie ma ochoty na żadne spotkania. To pewnie dlatego sąsiedzi w apartamentowcach prawie w ogóle się nie znają.

Szybciej, sensowniej i taniej można rozwinąć swoją karierę, gdy nie ma się długów, zaś na koncie spokojnie procentuje nasz fundusz bezpieczeństwa. Nie mamy wówczas problemów z zaśnięciem, jesteśmy zrelaksowani i kreatywni. Zamiast martwić się o zbyt dużą ratę, poświęcamy czas i energię na rozwój i nasze pasje. Dobrze rozumiem znaczenie dbania o sieć kontaktów w biznesie, lecz tłumaczenie tym finansowych decyzji, to jest co najmniej lekka przesada.

3. W markowych ciuchach i luksusowym aucie jesteś bardziej pewny siebie i budzisz większy szacunek u innych.

Ten argument totalnie rozkłada mnie na łopatki. Wiadomość dla Kena lub Barbie: jeżeli musisz siedzieć w wypasionej bryce, by być pewnym siebie, to masz znacznie poważniejsze problemy, niż te związane z finansami. Jasne, że chodzenie w starych łachmanach i jeżdżenie rozwalającym się Polonezem nie poprawi Ci samopoczucia. Ale czy na pewno potrzebujesz nowiutkiego auta w kredycie 50/50, które straci na wartości 20% zaraz po wyjechaniu z salonu? Naprawdę uważasz, że wzbudzisz więcej szacunku, bo spacerujesz z torebką Louis Vuitton?

Muszę Cię rozczarować: ludzi zupełnie to nie obchodzi. Jeżeli będą Cię szanować, to z całą pewnością nie z powodu auta czy tej torebki. Powiem Ci więcej: nie musisz aż tak się przejmować opinią innych. Większość z nich w ogóle o Tobie nie myśli, a jeśli już, to pewnie przejmują się Twoją opinią o nich.

Wiem, że nie jest łatwo, bo jeszcze kilka lat temu sami żyliśmy w ten sposób. Wystarczy włączyć TV albo odpalić Internet, a od razu szprycują nas reklamami pokazującymi szczęśliwych ludzi na zakupach. Kolorowe magazyny to 70% reklam i artykułów dyktujących nam jak być trendy albo cool. Faceci są przystojni i dobrze zbudowani, kobiety zgrabne i piękne, wyglądają jak ludzie sukcesu, więc chcemy być tacy sami. Jednak nasze życie to nie reklama ani serial. Jak powiedział niedawno Bill Gates: w prawdziwym życiu trzeba w pewnym momencie wyjść z kafejki i pójść do pracy.

Absolutnie nie mam nic przeciwko kupowaniu markowych ubrań, drogich zegarków, luksusowych samochodów i apartamentów w najlepszych dzielnicach. Sam chętnie kupię sobie samolot, gdy tylko będzie mnie na to stać. Jednak pewne rzeczy trzeba robić w odpowiedniej kolejności. Zadłużanie się po uszy by kupić „symbole statusu” to prosta droga do finansowej katastrofy.

Przykład Kena i Barbie odnosi się do określonej grupy osób, ale zastanów się trochę, czy sam nie wydajesz bezmyślnie ciężko zarobionych pieniędzy?
Trwa ładowanie komentarzy...